XV Muzyka w Raju

Chciałbym rozpocząć od deklaracji, że liczba „XV”, która pojawia się w tym roku przed nazwą naszego festiwalu nie oznacza nic innego ponad to, że w ubiegłym roku spotkaliśmy się w Paradyżu po raz czternasty, a w przyszłym, jeśli nic temu nie przeszkodzi, spotkamy się tutaj po raz szesnasty. Sama możliwość tworzenia festiwalu w tym niezwykłym miejscu i w takim towarzystwie jest dla nas wystarczającą motywacją. Każdego roku celebrujemy tutaj… normalność i zwyczajność.
Nie bez powodu u podstaw filozofii „Muzyki w Raju” umieściliśmy zasadę, że muzycy są z nami przez dłuższy okres czasu i występują wielokrotnie w różnych wcieleniach i w różnych konfiguracjach. W Paradyżu tworzymy nie „odświętne”, ale właśnie „codzienne” warunki do tego, by artyści mogli wyrwać się z rytmu nieustannych podróży, zmian stref czasowych, jetlegów i potęgującego się z dnia na dzień zmęczenia. Tego ostatniego w Paradyżu też nie brakuje, ale jest on wynikiem pracy, na którą muzycy mogą pozwolić sobie tylko wtedy, gdy nic nie stoi na przeszkodzie, by skupili wyłącznie na tym, do czego zostali stworzeni.
Wynika z tego problem, który znamy od pierwszej edycji festiwalu. Muzycy, wiedząc, że znajdą się w tak komfortowej sytuacji, chcą wykorzystać ją do maksimum. W konsekwencji, planując swój udział, przygotowując pierwsze wersje programów, przesadzają. Nawet ci, którzy byli w Paradyżu już wielokrotnie, ulegają pokusie, by zaproponować koncert, którego, obiektywnie rzecz biorąc, nie da się przygotować, bo nie będzie na to dostatecznie dużo czasu. Dotyczy to też możliwości współpracy z innymi wykonawcami. Ktoś, kto wie, że wśród nas będzie świetny skrzypek, śpiewak czy klawesynista, chce za wszelką cenę wykorzystać tę okazję, by zrealizować swoją wizję lub spełnić marzenie.
Łatwo sobie wyobrazić, że przygotowanie ostatecznej wersji festiwalowego programu nie jest procesem łatwym. Nie dlatego, że trudno taki program wymyślić, ale dlatego, że ten rozłożony na miesiące proces wymaga dużej dozy asertywności w tłumaczeniu i wyjaśnianiu, dlaczego pewnych rzeczy nie będzie można zrealizować.
Są jednak momenty, kiedy nie tylko muzycy , ale również ja jako dyrektor festiwalu tracę kontakt z rzeczywistością i ulegam presji artystów, mając pełną świadomość, że narażam nas wszystkich na spore ryzyko – muzyków na niepowodzenie, słuchaczy na rozczarowanie, a siebie na wyrzuty sumienia. Jeśli cokolwiek przemawia na rzecz tej uległości, to jest to z pewnością okoliczność, że wiele z najwspanialszych momentów w historii „Muzyki w Raju” wiązało się właśnie z koncertami, które na zdrowy rozum nie miały prawa się udać.
Czy w programie tegorocznego festiwalu są takie koncerty? Nie zdziwicie się wcale, jeśli napiszę, że są i że jest ich przynajmniej kilka. Tak to już jest w Paradyżu – celebrujemy tutaj normalność i odrywamy się od rzeczywistości, bo tylko to sprzeczne wewnętrznie połącznie daje gwarancję naprawdę silnych przeżyć.
 
CZ