Czy tenor przekrzyczy chóry?

Przed kilku laty usłyszałem w radio dyrektora jednego z polskich festiwali, który zapowiadając koncert, na którym miało być wykonane „Stabat Mater” Pergolesiego przedstawił je jako „pojedynek sopranu i altu”. Bardzo mnie to, eufemistycznie mówiąc, rozbawiło ze względu na całkowitą nieadekwatność takiego określenia do treści utworu - zarówno literackiej, jak i muzycznej. Zdziwiło mnie też, że komuś w ogóle mogło przyjść do głowy, by o tym absolutnym arcydziele powiedzieć akurat to, a nie coś zupełnie innego.
Nic jednak nie możemy poradzić na to, że ktoś jedno z arcydzieł średniowiecznej literatury religijnej i jedno z zupełnie wyjątkowych dzieł muzyki barokowej widzi nie w kontekście śmierci, eschatologii, dylematów egzystencjalnych, a właśnie w kontekście pojedynku sopranu i altu. To nigdy nie przyszłoby mi do głowy.
Może to jednak ja popełniam błąd? Może to autor tej wypowiedzi rozumie lepiej mechanizmy komunikacji społecznej i tego, co przemawia do potencjalnych słuchaczy. Może nie powinienem się zastanawiać nad tym, dlaczego coś takiego przyszło mu do głowy, ale raczej uderzyć się w czoło i zastanowić, dlaczego uważam, że pewnych rzeczy nie powinno się mówić, chociaż mają one niezwykłą moc sprawczą i mogą zapełnić sale koncertowe, uwalniając mnie przed lękiem, że kolejne przedsięwzięcie okaże się ekonomiczną klapą.
Tak oto zostałem zdeprawowany. Jedna, być może zupełnie niewinna i beztroska (co nie ujmuje jej skuteczności) radiowa wypowiedź zburzyła moją prostolinijną i naiwną wiarę w to, że pewne dzieła, nazwiska i idee mówią same za siebie.
Dalej sądzę, że z promocją nie należy przesadzać, ale gdzieś pod czaszką pulsuje myśl, że może powinienem być bardziej pragmatyczny i przebiegły. Czy nie warto spróbować i pójść tym tropem? Trochę wyobraźni, trochę promocyjnego i marketingowego szaleństwa i nagle wszystko przyśpieszy, wyrzuci nas i nasz projekty w kosmos sukcesu. Niech się zatem stanie. Oto próbka tego, czego możecie się Państwo już wkrótce spodziewać jako zapowiedzi festiwalowych koncertów:
„Na ringu skrzypce i klawesyn” (sonaty skrzypcowe dowolnego autorstwa),
„Jak przeżyć tajfun, wytrzymać noc na mrozie i wymknąć się obławie czyli reportaż ze szkoły przetrwania” (A. Vivaldi, „Cztery pory roku”) – to mi się nawet udało!!,
„Klawesynowa kokaina” (J.S. Bach, „Wariacje Goldbergowskie”),
„Muzyczna strzelanina na Tamizie” (G.F. Handel, „Muzyka na wodzie”).
 
Mam nadzieję, że to tylko krótkie niedomaganie i wkrótce dojdę do dawnej równowagi, na przykład, kiedy posłucham na żywo dzieła, które zapowiedzieć dałoby się tak:
„Czy tenor przekrzyczy dwa chóry, dwie orkiestry i gromadę solistów?” (J.S. Bach, „Pasja wg. św Mateusza”.
 
CZ