Artystyczne zaproszenia

Przeglądając standardowe biogramy artystów, można odnieść wrażenie, że ich życie to nieustanny bankiet. Kiedy czyta się wypowiedzi twórców festiwali i tzw. promotorów, można z kolei pomyśleć, że mamy do czynienia z organizatorami takich towarzyskich wydarzeń. Słowem kluczem jest „zaproszenie”. Organizatorzy zapraszają, a wykonawcy zaproszenie przyjmują (o zaproszeniach nieprzyjętych lub odrzucanych raczej się nie wspomina).
Zaproszenie, jak się okazuje, jest czymś cennym i najwyraźniej pożądanym, skoro zdarza się całkiem często, że wykonawcy lub ich reprezentanci zwracają się do organizatorów, posługując się tym magicznym słowem w następującym kontekście: „będzie nam bardzo miło, jeśli zostaniemy zaproszeni na Państwa festiwal”.
Z tym znaczeniem słowa „zaproszenie” nasze intuicje mają mały kłopot. Może nie od pierwszej chwili, bo w sumie, dlaczego nie zaprosić kogoś na festiwal, ale od momentu, gdy przyglądamy się dalszemu rozwojowi wypadków. Kiedy organizator wysyła swoje zaproszenie i jest ono z zadowoleniem przyjęte, rozpoczynają się…rozmowy, zwyczajowo nazywane „negocjacjami”. Też nic dziwnego, bo przecież skoro zależy nam na tym, żeby ktoś do nas przyjechał, dlaczego nie mielibyśmy wziąć pod uwagę okoliczności, które mogą ułatwić mu przyjazd i pobyt. Intuicje są ciągle w stanie delikatnego alarmu, ale niewykluczone, że to ostrożność na wyrost.
Gdy rozmowy schodzą na temat pokrycia kosztów transportu i pobytu, czerwona lampka zaczyna ostrzegawczo mrugać z coraz większą częstotliwością, a kiedy wreszcie pada pozostające dotąd w głębokim ukryciu słowo „honorarium”, zaczyna palić się światłem ciągłym: my go zapraszamy, a on jeszcze chce od nas pieniądze; ona chce, żebyśmy ją zaprosili, a kiedy się zgadzamy, próbuje nas na coś naciągnąć?
Lingwiści i badacze społecznego funkcjonowania języka dostają od nas w prezencie wspaniały przykład „tabuizacji”. Jedną z funkcji tabuizacji jest kamuflaż. Tabu może być równoznaczne z całkowitym wyparciem pewnych zjawisk lub zachowań, ale może je maskować, rozmiękczać, upiększać, na przykład przybierając formę eufemizmów. W nich z reguły ukrywa się prawda, o której z jakichś powodów nie chcemy mówić wprost.
Dlaczego zatem tak rozpowszechniony jest zwyczaj mówienie o „zapraszaniu”, a nie po prostu o „zatrudnianiu” artystów. Nikomu nie przyszłoby do głowy, by w tych kategoriach opisywać standardowe relacje pomiędzy pracodawcą a pracownikiem w dowolnej sferze życia społecznego. Może zatem chodzi o pokreślenie niestandardowości tej sytuacji? Dla artysty i osoby, która ją zatrudnia jest to jednak sytuacja całkowicie standardowa – dokładnie taka sama jaka charakteryzuje każdy stosunek pracy. Konstrukcja formalna nie ma tutaj żadnego znaczenia, ktoś organizuje pracę, ktoś inny ją świadczy, a w idealnych warunkach korzystają z niej obie strony.
Co zatem i dlaczego kamuflujemy? Dlaczego tabuizujemy sytuację, w której nie ma przecież nic złego i nic do ukrycia? Interpretacji i wyjaśnień może być co niemiara. Od praktycznych, związanych z językiem, w jakim promuje się wydarzenia artystyczne, a który ukształtował się już dawno temu i z którego ciężko się nam wyzwolić, po ezoteryczno-psychologiczne, które kultywują szczególny status sztuki, artysty i wzbudzają poczucie winy, gdy traktujemy go, jak kogoś zupełnie zwyczajnego.
Jeśli spojrzymy na zagadnienie w perspektywie historycznej, to dość precyzyjnie wskażemy moment, kiedy „zaproszenie” zaczęło powoli zastępować „zatrudnienie”. Jest to mniej więcej połowa XIX wieku, gdy muzyka staje się częścią kultury mieszczańskiej. Jest ona dużo bardziej dostępna, ale jednocześnie próbuje się ją przeciwstawić codzienności: muzyka artystyczna jest czymś nadzwyczajnym, sala koncertowa jest świątynią sztuki, kompozytor i wykonawca demiurgami i mistrzami ceremonii (liturgii), w której mamy przywilej i szczęście uczestniczyć.
Symptomatyczne jest zestawienie dzisiejszych biogramów artystycznych z autobiografiami pisanymi przez kompozytorów z XVII i XVIII wieku w aplikacjach, które składali, starając się o nowe posady.
W dzisiejszych nie znajdziemy słowa „zatrudnienie”, które wyparte zostało przez „zaproszenie”, w szesnasto-, siedemnasto- i osiemnastowiecznych, słowo „zaproszenie” nie występuje, bo wydałoby się śmieszne, nie na miejscu, a najprawdopodobniej zostałoby zrozumiane jako wyraz megalomanii.
Słowo „zaproszenie” w ustach organizatora może być próbą pokazania, że jego relacje z muzykiem wykraczają poza standardowy deal. Zaproszenie wysyła się do kogoś, kogo się szanuje, ale na tej samej zasadzie zaproszenia się przyjmuje. Skoro ktoś tak zacny i wyjątkowy przyjmuje zaproszenie, to tym samym wyróżnia nas spośród innych, a to oznacza, że nasze wydarzenie, projekt, działalność są czymś, czego nie można ignorować i lekceważyć.
Tabuizujemy zatem istotę kontraktu, który nas łączy i ogrzewamy się nawzajem w cieple eufemizmów i kamuflaży.
Czy to komuś szkodzi? Nie mam jasnej odpowiedzi, ale staram się słowa „zaproszenie” nie nadużywać i zostawiam je na sytuacje zupełnie wyjątkowe, kiedy strona formalno-organizacyjno-ekonomiczna przyjazdu jakiegoś muzyka ma naprawdę charakter drugorzędny i w naszych rozmowach pojawia się mimochodem, tylko jako konieczność, której trzeba dopełnić.
Jednego jestem najzupełniej pewny. Analizując takie, wydawałoby się banalne, tabuizacje, wiele możemy się o sobie i o innych dowiedzieć, a jeszcze więcej o relacjach społecznych, które wspólnie tworzymy i w których funkcjonujemy.
 
CZ